Prezentuję zebrane legendy i podania z okolic Miast Jasień (Gassen). Większość informacji pochodzi z powojennych publikacji w prasie lokalnej, książkach oraz ze zbioru legend łużyckich Margarete Gebhardt wydanych w 1921 roku w Żarach. Część pochodzi z niemieckiej prasy do roku 1945 takich jak „Heimatkunde der Niederlausitz..”, „Sorauer Heimatblatt” czy „Crossener Kreisblatt” oraz z opublikowanych podań w  Magazynie Lubskim. 

LEGENDY I PODANIA

1. „O żelaznym diable ”- legenda z Jasienia (Gassen)
2. „Krzyż pokutny z Budziechowa” - podnie z wsi Budziechów (Baudach)
3. „Zamek Olbrzyma pod Budziechowem” - legenda z wsi Budziechów (Baudach)
4. „Krzyż pokutny z Rostok”- podanie  z okolic wsi. Roztoki (Rodstock)
5. „Przekleństwo porzuconej ”- podanie  z okolic wsi. Jabłonice (Jabłoniec, Jabłonka) (Gablenz)
6. „Skarb z zamkowej góry”- podanie  z okolic wsi. Wicina (Witzen)
7. „Wiciński Kościół” - legenda z wsi Wicina (Witzen)
8. „Porwanie Księżnej" - legenda  z wsi Wicina (Witzen)
Uwaga: Nazwy miejscowości niemieckie w tekstach, zmieniono na nazwy współczene polskie.


Warto przypomnieć postać Margarete Gebhardt (1870–1945), która była niemiecką nauczycielką i pisarką, znaną z publikacji legend i opowieści ludowych z Łużyc. Jej prace miały na celu przybliżenie bogactwa kulturowego tego regionu. Opublikowała serię książek zatytułowaną „Sagen und Geschichten aus der Lausitz. Für die Jugend erzählt” (Legendy i opowieści z Łużyc. Opowiedziane dla młodzieży), które ukazywały się w latach 1920–1926. Każdy tom zawierał zbiór legend i opowieści związanych z różnymi miejscowościami i postaciami z Łużyc.

  • Tom 1: Das Raubschloß und andere Sagen und Geschichten aus der Lausitz
    Zawiera m.in. legendy:
    • Das Raubschloß (Zamek rozbójników)
    • Das unholde Kind vom Wunzensee (Niegrzeczne dziecko z jeziora Wunzen)
    • Der schwarze Amtmann (Czarny urzędnik)
    • Der Raub der Witzener Kirche (Rabunek kościoła w Witzen)
    • Der Drache auf dem Bauernhofe (Smok na gospodarstwie)
    • Der Teufelstein bei Kemnitz (Diabelski kamień koło Kemnitz)
  • Tom 2: Das Sühnekreuz und andere Sagen und Geschichten aus der Lausitz
    Zawiera m.in. legendy:
    • Das Sühnekreuz (Krzyż pokutny)
    • Der Lindwurm (Smok)
    • Sankt Barbara (Święta Barbara)
    • Das Riesenschloss (Zamek olbrzymów)
  • Tom 3: Der Raub der Fürstin und andere Sagen und Geschichten aus der Lausitz
    Zawiera m.in. legendy:
    • Der Raub der Fürstin (Porwanie księżnej)
    • Burg Wunzen (Zamek Wunzen)
    • Die Dingtage in Sakrow (Dni sądowe w Sakrow)
    • Der Tag von Pförten (Dzień w Pförten)



„O żelaznym diable ”- legenda z Jasienia (Gassen), opisała H.Rutkowska

Zdyszany człowiek wpadł do kuźni mistrza Macieja z okrzykiem — diabeł! — a potem upadł bez sił.

— Jeszcze jeden — westchnął kowal, z politowaniem spoglądając na sąsia­da.

Zaczerpnął trochę wody z koryta, w którym hartował stal, i skropił nią twarz omdlałego. Chłop przeciągnął się, odetchnął głęboko i stanął o własnych siłach. Tylko w oczach jego nadal czaił się lęk.

— Jak ten diabeł wyglądał, hę? — natarł na niego gospodarz kuźni. — Chciałbym się z nim spotkać. Wszyscy go widzą, tylko mnie bestia czemuś uni­ka.

— Nie wywołujcie złego, Macieju. Umarłbym ze strachu, gdybym go miał jeszcze raz ujrzeć...

— Bajesz... Może to łobuzy straszą ludzi w swawoli, może zwierz jaki, a wy zaraz, że diabeł...

— Kiedy widziałem na własne oczy...

        — Widzieliście? Jakże więc on wygląda? Ulałbym sobie takiego diabła z żelaza, skoro prawdziwy odwiedzić mnie nie chce.

— Diabeł  wam  niepotrzebny...  A  jak  wygląda?...  Widziałem ciemną, chichoczącą postać pobrzękującą  łańcuchami.  Tylko  ślepia się jarzyły złowrogo... Zacząłem uciekać, a zły gonił za mną aż pod drzwi waszej kuźni. Boję się teraz wyjść, może tam na mnie czeka. Odprowadzicie mnie do domu?

— W zajęczą skórę wam się ubierać, Wojciechu. Ale widać, taki już mój los. Nie wy pierwsi mdlejecie w kuźni. Chodźmy!

Jabłoniecki kowal słynął z odwagi i siły. Nie było mu równego w całej okoli­cy. Nawet w Jasieniu i Lubsku. Nie bał się nikogo. Z diabłem chętnie wziąłby się za bary. Właśnie z diabłem. O tym nieraz marzył. Ale ten go jakoś bardzo starannie omijał...

,,Widocznie nie należy do odważnych" — myślał Maciej.

Wracając ze wsi, udał się nad niebieską Lubszę, na miejsce, gdzie przed godziną Wojciechowi zwidział się diabeł. Chodził, gwizdał, prosił, wołał i gro­ził, lecz wszystko na nic. Ani śladu po wysłanniku piekielnym.

— Nie mogę się zetknąć z prawdziwym, ukuję sobie sztucznego z żelaza — postanowił wreszcie zadzierzysty kowal.

Kuł z rozmachem przez całą noc, sypały się iskry, syczało w wodzie żelazo. Wreszcie diabeł z żelaza był gotów. Kowal przyglądał się mu z zadowoleniem. Posadził go obok paleniska, i gdy wyjmował z ognia rozpalone cęgi, przesuwał je maszkarze pod nosem. Długo się tak zabawiał. I nagle oniemiał z zachwytu. Zauważył bowiem, że gdy mocniej przyciśnie płonącą stal do diabelskich policz­ków, wtedy wzdryga się on i mruży oczy, zupełnie jak gdyby był żywy.

— To ci zabawa. Nie podoba się tobie pieszczota, co? Masz więc, masz, masz, po co ludzi straszysz na drogach...

Diabeł widząc, że został rozpoznany jako żywa, zaklęta w żelazo istota, zaprzestał udawania. Na widok cęgów robił przerażoną minę, parskał, rżał i kichał. Maciej tymczasem nie ustawał w swoich igraszkach.

We wsi zaczęto opowiadać sobie różne historie. Kowala zaczęli ludzie omijać. No bo jakże się nie obawiać człowieka, który uwięził diabła i pastwi się nad nim bez lęku? Nie chciano bowiem wierzyć, że to jest tylko diabeł wykuty z żelaza. Kowal zaś opuszczony przez ludzi, nie mając innych rozrywek, godzinami męczył swojego biesa. Czasem przeciągało się to przez całą noc. Przejęty tym swoim dziwnym zajęciem, nie zwrócił nawet uwagi, że około kuźni wybuchały teraz zajadłe wrzaski, krakały wrony, zgrzytał ktoś zębami, ktoś inny wył potępieńczo. Jakby całe piekło gotowało się do ataku.

Od czasu, gdy w kuźni rozsiadło się żelazne straszydło, nikt nie widział diabła w nadrzecznych chaszczach Lubszy. Przepadł bez wieści. Tym bardziej więc przekonani byli ludziska, że to mistrz Maciej ujął złośliwego czarta i znęca się teraz nad nim niemiłosiernie. Nie mogło z tego nic dobrego wyniknąć. Nie człowiekowi mierzyć się z piekielnymi siłami...

Minęło kilka dni. Maciej nie zniechęcił się do swojej zabawy. Diabeł wył teraz przeraźliwie, jeszcze zanim kowal przybliżył żelazo do jego nosa. Stał się bardzo wrażliwy.

Któregoś ranka, gdy mistrz kowalski, zmęczony znęcaniem się nad nie­szczęsnym diabłem, usnął wreszcie twardym snem, ktoś zaczął się bardzo ener­gicznie dobijać do kuźni. Maciej z trudem odzyskał przytomność. Gniewny był za przerwanie spoczynku.

— Kto tam? — zawołał, przecierając klejące się oczy.

— Mistrzu — odezwał się jakiś głos — koń mi okulał. Zgubił podkowę. Nie mogę dalej jechać, a spieszno mi bardzo.

Przed drzwiami niecierpliwił się młody, bogato ubrany pan.

— Podkujecie? Podkowę mam gotową, proszę. Nie potrzebujecie nawet ognia rozpalać — zachęcał, widząc krzywą minę kowala.

Widok doskonale ukutej podkowy udobruchał mistrza. Lubił dobrą robotę. A już szczególnie zachwycił go koń, piękna, wspaniała bestia. Gdy głośno wyra­ził swoje uznanie, w oczach nieznajomego zapaliły się błyski jakby radości. Przystąpił bliżej do kowala.

— Podoba się wam, mistrzu, mój koń? Cieszy mnie to, gdyż mam już dosyć tej chabety. Kupiłem sobie jeszcze lepszego wierzchowca. A tego się chętnie pozbędę. Chcielibyście może kupić go ode mnie?

— Któż by nie chciał. Nie jestem jednak bogaty. Kuźnia nie przynosi zbyt dużych dochodów. Na kupno takiego konia jak wasz nigdy mi nie wystarczy. — Maciej pokręcił głową i zabrał się do podkuwania, podczas gdy młody człowiek wciąż podnosił zalety swego rumaka.

  Dziwił się trochę kowal tej jego gadatliwości, ale milczał: mało to dziwnych ludzi przewinęło się przed nim? Zaskoczyło go dopiero, gdy w kuźni, dokąd przy­szli po skończonej robocie, młody człowiek zmienił się na twarzy i zadygotał cały, skoro zobaczył żelaznego diabła.

— Hm, hm — zamruczał, starając się ukryć drżenie głosu. — Widzę, że zajmujecie się nie tylko zwykłym kowalstwem. Ładną figurę ukuliście z żelaza. Nie sprzedacie mi jej?

— Na co wam, panie, ta brzydota?

— Powiedziałem, podoba mi się. Dam wam za nią mojego konia... Dobrze?

— Koń wasz, panie, jest wart dziesięciu takich żelaznych figur. Nie godzi mi się was okpiwać.

— Mnie się ten interes opłaca. Przybijajcie — przynaglał nieznajomy. Kowal zerknął na niego spod oka. Nie odpowiadając, pogrzebał w palenisku, poruszył miechem, dorzucił węgla na ogień, po czym wsunął w płomień kawałek żelaza.

— Chcę wam, panie, pokazać, co będzie wyrabiał mój żelazny diabeł, gdy przejadę mu pod nosem rozpalonym żelazem...

Nieznajomy zaklął na to siarczyście, huknęło, zadymiło i zaraz przepadł wraz z koniem bez śladu. Tylko swąd siarki świadczył o jego niedawnym w kuźni pobycie.

Maciej drapał się w głowę. Odgadnął już, z jakim gościem miał do czynienia.

    — Ale mnie okpił — mruknął. — Nawet nie zapłacił za moją pracę. Myślałem, że diabły są uczciwsze...

Spojrzał potem na swojego biesa z żelaza, pogroził mu pięścią:

    — Oj, popamiętasz ty dzisiejszy ranek. Odechce ci się takich kawałów.

Diabeł nie czekając, aż kowal wprowadzi w czyn swoją groźbę, zrobił płaczliwą minę, kichnął i rżał jak nigdy przedtem. A gdy już prowadzone silnym ramieniem mistrza Macieja rozpalone żelazo zaczęło ślizgać się po diabelskim nosie, rozległ się tak okropny wrzask, ryk, pisk i wycie, że strwożeni mieszkańcy wsi przybiegli z widłami i cepami, przekonani, że kowal toczy walkę z co naj­mniej stu diabłami...

Wieść o wyczynach kowala rozniosła się szeroko w okolicy. Z Jasienia, Lubska, Krosna, Gubina, Żar i Żagania, a czasem aż zza Nysy, z Białej Wody i Cho­ciebuża przybywali ciekawi. Ryki diabelskie przyjmowano początkowo z pew­nym zadowoleniem, a później z odrazą i gniewem, ponieważ bies budził śpiących po nocy, w wiosce zaś wyciem wtórowały mu psy. Starsi ludzie radzili Maciejo­wi, by utopił diabła w najgłębszym miejscu Lubszy, bo z tej zabawy nic dobrego wyniknąć nie może. Nie słuchał ich jednak...

Znowu minęło kilka dni. Z wielką podejrzliwością spoglądał Maciej na rycerza, który pewnego ranka przekroczył próg kuźni. Duże sumiaste wąsy i siwiejące skronie budziły jednak zaufanie.

— Dzień dobry, mistrzu — zawołał przybyły. — Miecz mi się wyszczerbił. Naostrzcie go, jeżeli dacie radę...

Maciej obejrzał podany miecz. ,,Kilka pociągnięć pilnikiem i po robocie" — pomyślał.                                                 

Miecza bym nie naostrzył? Nie takie rzeczy robiłem.

— A ja trzymam zakład, że przez cały dzień nie podołacie pracy. Stawiam tysiąc dukatów.

Maciej uśmiechnął się, potrząsając głową.

— Chętnie bym się założył, ale nie mam tyle pieniędzy. W całej wsi się nie zbierze tysiąc dukatów. Rycerz o sumiastych wąsach rozejrzał się bacznie po kuźni. Wzrok jego zatrzymał się na żelaznym diable.

— Dobrze — powiedział —ja więc stawiam tysiąc dukatów, a wy, mistrzu, tę oto żelazną figurę. Stoi? — zapytał wyciągając rękę w kierunku mistrza.

Zainteresowanie żelaznym diabłem obudziło czujność kowala. Nic nie odpo­wiedział. Wolał przedtem sprawdzić hart miecza. Wybrał najlepszy swój pilnik i przeciągnął nim po wyszczerbionym ostrzu. Nie zauważył nawet najdrobniej­szego śladu. Wytężył siły, aż kroplisty pot wystąpił mu na czoło. Stal nie ustępowała.

,,Czekaj, biesie — pomyślał — znów próbujesz swoich sztuczek". Nie namyślając się wiele, wsadził ostrze miecza w żar paleniska.

Gdy się obejrzał, po rycerzu już śladu nawet nie było, a i miecz rozpłynął się w tajemniczy sposób.

W piekle Lucyper zwołał najwyższą radę piekielną. Zająwszy miejsce na podium, chrząknął, podrapał się między rogami i zagaił:

— Jak wam wiadomo, tchórzliwy Kordek, używany tylko do podlejszych zadań piekielnych, upodobał sobie ustronne miejsce w Polsce nad rzeką Lubszą. Wymigiwał się od zadań, które należą do zaszczytnych obowiązków każdego biesa. Uciekł z piekła i wylegiwał się w nadrzecznych szuwarach. Aby mu się tam nie nudziło, straszył bez powodu spokojnych chłopów wracających po zapadnięciu zmroku do domów. Naruszył przepisy diabelskie, przynosząc wstyd całemu piekielnemu rodowi.

— Przewinienie to było jeszcze do naprawienia. Gorzej, że Kordek strasząc innych, sam był podszyty tchórzem. Trząsł się i szczękał ze strachu zębami na widok zwykłego wiejskiego kowala, który urągał i jemu, i całemu piekłu. Nie przyjął wyzwania mistrza Macieja, więc ten ukuł sobie diabła z żelaza i mścił na nim swoje niepowodzenia. Musiałem coś przedsięwziąć, by położyć kres Kordkowym wybrykom. Wcieliłem go w żelaznego diabła, w którym miał przebywać tak długo, aż sam nie wymyśli jakichś środków. Decyzję moją poparło najwyższe piekielne kolegium sądowe. Tymczasem ten obrzydliwy diabeł... znowu stchórzył i ośmieszył piekło...

Przy tych słowach Lucyper zbladł mocno ze wstydu i musiał na pokrzepienie łyknąć karafkę smoły. Dopiero mógł ciągnąć dalej:

— Chytry kowal parzy mu nos gorącym żelazem, co Kordek przyjmuje straszliwym wyciem. Myślałem, że to gra diabelska, lecz gdy wyszło na jaw, że to zwykłe tchórzostwo, wysłałem Rokitę do kowala, by wszedł w posiadanie żelaznego diabła i tym sposobem wyzwolił Kordka. Cóż, kiedy mistrz Maciej przejrzał grę Rokity. Boruta też nic nie wskórał. Jestem bezsilny. Co robić? Ludzie schodzą się do kuźni i szydzą z nas... Zwykły wiejski kowal okazał się sprytniejszy od znakomitych dostojników piekielnych.

Ożywiona dyskusja trwała przez wiele godzin, nie przynosząc jednak wyni­ków. Wreszcie zabrał głos jeden z najstarszych diabłów:

— Widzę tylko jedną możliwość. Musimy dać pełnomocnictwo Arglistowi. Jest on diabłem krwiożerczym i podłym, nie przebiera też w środkach. Długo przebywał wśród Krzyżaków i Prusaków, więc upodobnił się do nich. Dawniej był uczciwszy... Tutaj może coś jednak poradzić...

Lucyper nie był zdecydowany. Zastanawiał się długo.

— Dobrze — postanowił wreszcie — niech idzie Arglist, ta zakała piekielna, ale Rokita musi go stale pilnować, by znów za wiele nie zbroił. Przyprowadzić go.

Po chwili pojawił się niepozorny diabeł z bardzo pokorną miną.

— Słuchaj, Arglist... — zaczął Lucyper. — Masz szansę zmazania swoich przewinień. Otrzymasz zadanie do wypełnienia. Rokita cię objaśni w szczegó­łach, ty zaś raz jeszcze przeczytaj księgę praw piekielnych.

Arglistowi zabłysły oczy. Już on sobie poradzi...

Kowal przewracał się w łóżku z boku na bok, wreszcie obudził się zlany potem. Rozejrzał się rozszerzonymi z przejęcia oczami.

— To był tylko sen — wyszeptał.

Podniósł się na łokciu, świtało już. Wyskoczył z łóżka, szukając butów. Nie było ich jednak nigdzie.

,,Widocznie je gdzieś przesunąłem" — myślał.

Zniechęcony, położył się znów i zasnął twardo. Rano buty stały na zwykłym miejscu. Musiało mu się coś w nocy przywidzieć. Po chwili dobiegały z kuźni odgłosy zwykłej, normalnej krzątaniny, urozmaicane czasem wrzaskami diabła. Tak było codziennie.

Słońce wzniosło się już wysoko na niebo, gdy przed kuźnią zatrzymała się nagle gromada zbrojnych.

— Pokażcie wasze buty, kowalu! — zawołał jeden z nich.

— Po cóż wam moje buty? Czego sobie, panie, życzycie?

— Pozwól tylko na drogę. Widzisz te ślady na ziemi mokrej jeszcze od deszczu? Prowadzą prosto do twojej chaty, odciski waszych butów są całkiem wyraźne...

— Moich butów? Ja nigdzie z domu nie wychodziłem. To nie mogą być moje ślady...

— Sam więc porównaj.

Maciej spojrzał i zdumiał się. Tak, to były ślady jego butów.

— A to zabawne — zaśmiał się.

— Nie masz się czego śmiać. Temu oto kupcowi Melchiorowi Szczypce z Jasienia zginęła w nocy bela najprzedniejszego sukna. To sprawa gardłowa...

— Ależ, panowie — protestował.

— Przyznaj się lepiej, człowieku.

— Drwicie sobie ze mnie — rozgniewał się Maciej. — Nie jestem złodzie­jem...

Rozpoczęła się rewizja. Pachołcy wchodzili do każdej izby i dokładnie prze­glądali kąty.

— Jest, jest! Znalazłem pod łóżkiem — usłyszał zdumiony Maciej.

— To chyba sen — wyszeptał. — Skąd u mnie sukno...

— Tak, panie sędzio. To moje sukno — powiedział kupiec. Maciej nie był w stanie wymówić słowa. Widział, że wszystko przemawia przeciw niemu.

     ,,To chyba sprawka diabła — pomyślał — Nikt inny nie byłby w stanie tak sprytnie mnie podejść. Co teraz będzie? Czyżby stryczek?"

Zawleczono kowala do Jasienia i osadzono w lochu. Tutaj miał czas na roz­myślanie. Nic jednak nie wymyślił. Strażnik powiadomił go, że już jutro zbierze się sąd w jego sprawie i najpewniej skaże na śmierć przez powieszenie. Kat miejs­ki z Lubska już został zawiadomiony...

Nie spał Maciej tej nocy. Chodził po celi, poruszony do głębi.

— Dlaczego nie słuchałem sąsiadów? Mówili wszak, że z tej zabawy diabels­kiej dobrego nic nie wyniknie... Nie wierzyłem i doczekałem się...

Zegar na wieży kościelnej wybił północ. Nie przebrzmiało jeszcze ostatnie uderzenie, gdy naraz w celi zrobiło się jasno. W jednym z kątów zabłysły płomienie, na ich tle zarysowała się ciemna postać.

Maciejowi zrobiło się trochę nieswojo. Blask z wolna przygasł, więzień mógł już zupełnie wyraźnie rozróżnić tajemniczą postać z kąta.

— Przecież to mój żelazny diabeł! — zawołał.

— Nie — odparła zjawa. — Nie jestem żelaznym diabłem. Jestem władcą piekła.

— Czego chcesz ode mnie?

— To długa historia... Przybywam osobiście, bo wszyscy moi podwładni okazali się niezręcznymi pomocnikami.

— Ach, mówisz o tym, któremu konia podkułem, i o tym drugim, wąsa­tym...

— Nie tylko... Ci dwaj nie byli jeszcze najgorsi... Nie przynieśli piekłu takiego wstydu jak Kordek swoim tchórzostwem i Arglist przez nikczemne intrygi.

— Nie rozumiem cię.

— Nie rozumiesz? Racja, nie możesz wszak znać piekielnych spraw. Zaraz ci więc wyjaśnię. Diabeł nad Lubszą, który straszył spokojnych ludzi, nie działał na podstawie mego rozkazu. Był to diabeł głupi i leniwy, w dodatku czuł lęk przed tobą. Ukarałem go bardzo surowo, wcielając w twego żelaznego potwora. Strasznie go bolało przypalanie nosa, dlatego tak wrzeszczał, czym ci jeszcze dodawał ochoty. Stało się to dla całego piekła największą hańbą. Musiałem za­radzić złu. Wysłałem dwóch posłów, by drogą uczciwych układów weszli w po­siadanie żelaznego diabła, który jak na nieszczęście jest w dodatku podobny do mnie. Nie udało mi się... Wtedy zgodnie z uchwałą najwyższej rady pie­kielnej wysłałem diabła bardzo sprytnego, lecz zupełnie zdemoralizowanego na skutek zbyt długiego przebywania z ludźmi. Dalszy ciąg znasz już sam. Zabrał ci buty w czasie snu i ukradł sukno. Spodziewał się, że twój następca w kuźni sprzeda mi żelaznego diabła...

Kowal obruszył się.

— Nie mogłeś sam wcześniej przyjść, byłbym ci dał mego diabła... Lucyper wypiął dumnie pierś.

— Myślisz, że władca piekieł zajmuje się takimi sprawami? Mam do swojej dyspozycji tysiące biesów. Z tobą było jednak trochę ciężkawo. Chciałbym mieć chociaż jednego diabła takiego jak ty.

— Po co mi mówisz to wszystko? I tak jest już za późno.

— Jeszcze wszystko możliwe... Rano uzyskasz wolność...

— A te ślady i sukno pod łóżkiem? Jakże z tym sobie poradzisz?

— Wszystko obmyśliłem... Ale mam i do ciebie interes. Muszę mieć żelazne­go diabła. Co chcesz za niego?

— Zabieraj go choćby zaraz. Mam już dość tej poczwary!

Interes został ubity.

Dziwił się sędzia, gdy przyprowadzono mu nad ranem jakiegoś oberwańca, cuchnącego złą gorzałką, który przechwalał się w karczmie swoimi bezeceństwa­mi. Przyznał się do kradzieży sukna, które podrzucił niewinnemu kowalowi, bo chciał w ten sposób wejść w posiadanie kuźni. Był również kowalem...

Porównano jego buty z nie zatartymi jeszcze śladami i okazało się, że należą one do niego. Buty Macieja były tylko łudząco podobne.

— Powiedz mi, którędy wróciłeś do Jasienia? Siady prowadziły przecież tyl­ko w jedną stronę? — głowił się jeszcze sędzia.

— Po waszym odjeździe. W czasie rewizji siedziałem w kuźni na strychu. Potem już ziemia obeschła...

Sąd skazał złoczyńcę na szubienicę. Kowal został zwolniony.

Wielkie było zdziwienie mieszkańców Jasienia, gdy w parę godzin po wy­konaniu wyroku zamiast ciała skazańca, które dla przestrogi miało dyndać na stryczku przez całe trzy dni, ujrzeli wiązkę słomy. Mówiono, że to zły porwał ciało złodzieja do piekła...

Kowal wrócił do swojej wioski. Gdy wszedł do kuźni, nie zastał już w niej żelaznego diabła. Na jego miejscu leżała pękata sakiewka ze złotem.

----- inna wersja --

W dawnych czasach nad rzeką Lubica w Jasieniu mieszkał diabeł. Uciekł on z piekła i zamiast grzeszników do piekła zapędzać, wylegiwał się nad brzegiem rzeki i straszył spokojnych ludzi. W sąsiedztwie rzeki miał swój warsztat młody kowal jasieński. Był bardzo silny i odważny.  Nie bał się diabła a nawet bardzo się chciał z nim spotkać, ponieważ sąsiectwo diabła odstraszało ludzi od jego kuźni. Stąd tez kowal koniecznie chciał przepłoszyć diabła. Ten jednak skutecznie unikał spotkania z kowalem. Kowal ze złości wykuł diabła z metalu i codziennie ciężkim młotem obstukiwał postać diabła oraz przypalał rozgrzanym żelazem. Tymczasem książę piekła Lucyfer dowiedział się o ucieczce jasieńskiego diabła z piekła oraz o jego lenistwie w diabelskiej pracy i w złości wcielił go w żelaznego diabła wykutego przez kowala. Od tego czasu diabeł codziennie strasznie cierpiał, kiedy kowal obstukiwał go młotem. Swoimi wrzaskami ośmieszał piekło. W końcu Lucyfer nie mogąc wytrzymać wrzasków nieszczęśliwca ulitował się nad nim i postanowił go wykupić z rąk kowala. Ale to nie takie proste wielu diabłom wysłanym przez Lucyfera do kowala nie udało się wykraść nieszczęsnego żelaznego diabła. Dopiero podstępny diabeł imieniem Arglist swoimi sztuczkami sprowadził nieszczęście na głowę kowala, tak że ten musiał dojść do porozumienia z Lucyferem. Uradzili zatem że kowal odda diabła a w zamian ocali głowę i otrzyma worek pełen dziabielskiego złota. Od tego czasu nikt już nad rzeką w Jasieniu nie straszy.


 

„Krzyż pokutny z Budziechowa” – podnie z wsi Budziechów, opisał Z.Kasprzak

Do początku lat 70-tych w Budziechowie znajdował się wykuty w czarnym granicie, łaciński krzyż pokutny. Postawiony został w miejscu zamordowania francuskiego żołnierza. Powiadano, że keidyś, jakiś rolnik krzyż ten jako próg dla swojej obory potajemnie przywłaszczył, ale od tego czasu, nieszczęście szło za nim przez lata i cofnęło się dopiero, gdy krzyż powrócił na swoje miejsce.


 

„Zamek Olbrzyma pod Budziechowem” – legenda z wsi Budziechów, opisała DE Margarete Gebhardt, opisał PL S.Górski

W dawnych czasach na bagnach pod Budziechowem, wśród rozlewiska rzeki Lubszy były małe wysepki. Na jednej z nich zbudował sobie zamek z kamienia polnego, drzewa i gliny Olbrzym zwany przez ludzi Wielkoludem Dla Olbrzyma wody wokół zamku były ochroną przed nieproszonymi gośćmi, których postrzegał jako swoich wrogów. Dzięki takiej lokalizacji swojej siedziby mógł im szkodzić kiedy tylko chciał. A spośród wszystkich istot Olbrzym nie lubił najbardziej ludzi. Bo było ich coraz więcej, a ród wielkoludów był nieliczny i byli to tylko sami mężczyźni. Ludzie bardzo się obawiali Olbrzyma. Lecz największym wrogiem Olbrzyma było jego ogromne pragnienie, bardzo lubił pić wino z okolicznych winnic. Kiedy już w całej okolicy zaczęło brakować wina, Olbrzym zaczął dobierać się do piwa. A kiedy w nim zasmakował zaczął napadać na wozy, które przewoziły piwo w dużych beczkach z Jasienia do Lubska. Pewnego razu wpadł mu w ręce czeladnik piwny z wozami wyładowanymi piwem. Czeladnik, który był bardzo przebiegły tak rzekł do Olbrzyma: Jaki ty jesteś głupi ze się tyle trudzisz zdobywając piwo, weź mnie do siebie na służbę , a zrobię  ci takie piwo, że będzie mocne jak dąb i gęste jak syrop. Takiego piwa jeszcze nigdy nie piłeś. Olbrzym odpowiedział: Wystarczy, próba, wezmę cię na próbę, nie będzie dobrze umrzesz. Mocnym uściskiem złapał czeladnika za fartuch i zaniósł go do zamku. Również wozy z beczkami zabrał na wyspę. Rozpoczęto pracę na zamku. Najpierw musiano zbudować warzelnię. Do tego potrzebne było 100 grubych dębów z okolicznych jasieńskich lasów. Olbrzym wyrywał drzewa jeden po drugim, nie patrząc na to, że pod korzeniami mieszkali krasnale i z tego powodu te małe istoty stały się wrogami Olbrzyma. Kiedy warzelnia została ukończona czeladnik rozpoczął warzenie piwa. Na codzienne pytania Olbrzyma kiedy piwo będzie gotowe odpowiadał zawsze, że będzie gotowe za 3 dni. Pewnego razu spadł duży deszcz i wody wokół wyspy przybrały i rozlały się. Olbrzym powiedział do czeladnika ze za 3 dni przybędą jego bracia na biesiadę i piwo ma być gotowe. I tak tez się stało, za 3 dni przybyli wszyscy bracia Olbrzyma, lecz kiedy który chciał przejść przez wodę na wyspę krasnale wyprowadzali ich na głęboką wodę. Z wielkim trudem udało się olbrzymom wydostać na brzeg. Ale pragnienie było większe a z daleka było widać zamek i czuć piwo. Jeden z olbrzymów wyrwał dąb i użył go jako tyczkę do przedostania się na drugi brzeg. Ale ponieważ próbowali skoczyć wszyscy razem, skok był za duży i uderzyli w mury zamku. Uderzenie było tak silne, że cała wyspa zatonęła wraz z zamkiem, olbrzymami i czeladnikiem. Do dziś dnia w tym miejscu gdzie stał zamek Olbrzyma znajduje się małe wzniesienie nad rzeką Lubszą między Budziechowem a Lubskiem. Samotnie spacerując można usłyszeć w cichą noc plusk wody, wzdychanie i głosy tonących olbrzymów. A resztki potrzaskanego dębu po dziś dzień można odnaleźć spacerując na brzegu lubszy.



„Krzyż pokutny z Rostok” - podanie z okolic wsi Roztoki, opisał Z.Kasprzak

Podanie głosi, że krzyż ten postawił chłopak z Biedrzychowic za zabicie roztockiej dziewczyny, która odrzuciła jego zaloty. A legenda podaje zaś co innego: Zdarzyło się to w roku 1810. Kiedy to tereny te były pod protektoratem Napoleona.


 

„Przekleństwo porzuconej” - podanie z okolic wsi Jabłonice (Jabłoniec), opisał L.Grzeja

- "Czego chce to babsko? Może schronienia na noc? - Jakubie, wypędź ją za bramę! Akurat mamy ochotę udzielać schronienia tym włóczącym się ludziom! Wszyscy chcą tylko rabować i plądrować! I to w tych niepewnych czasach! Za dużo pospólstwa się włóczy! Precz z nią na drogę, skąd przyszła!"

Okrzyki te wydawał dziedzic Jabłońca. Były one skierowane do biednie ubranej kobiety, która klęczała przed nim. Uniesiona w górę szpicruta mówiła o zamiarze uderzenia nieszczęśliwej, błagającej go tymi słowy:

- "Miej litość, łaskawy panie! Daj mi na noc tylko wiązkę słomy w najdalszym zakątku stajni! - Ach, ja nie proszę dla siebie, lecz dla mego dziecka!".

Mówiąc to podniosła w stronę srogiego pana von Wiedebacha (tak nazywał się dziedzic) tłumoczek, z którego rozlegało się kwilenie dziecka.

- "Daj mi tylko łyk mleka dla małej! Potem chcę pójść i zobaczyć, czy wasi ludzie są podobnie litościwi, jak ich pan". Odpowiedzią, na to był jeszcze większy gniew pański:

- "Nic z tego! Precz z nią! Jakubie! Gdzie się podział ten hultaj?

- Odwiąż psa i wypędź tę kobietę! Do wsi! Niech ginie w drodze, nędzny robak! Lepsze to dla niego, niż ma zostać włóczęgą, jak jego matka!"

Ociągając się stał parobek przed drzwiami stajni. Współczuł nieszczęśliwej. Zastanawiał się także, gdzie widział

tę kobietę i kiedy, gdyż głos jej wydał mu się znany. Rozmyślania przerwał pan von Wiedebach, który czerwony ze złości podszedł do, niego i podniósł nań bicz wołając:

"Czy mam go popędzić? Naprzód! Czyń, co ci każę" Jakub posłusznie szedł w stronę budy, ale nie musiał spuszczać psa, gdyż kobieta podniosła się z wielkim trudem i prawie zataczając się podeszła do bramy. Oparta o słup i wyprostowana wyciągnęła zaciśniętą pięść w stronę dziedzica:

"Słusznie tak, szlachetny panie von Wiedebach! Gdy Katarzyna była jeszcze jędrna i czysta, to trzeba było żartować i pochlebiać. Ona była dość dobra, aby chłodzić gorącą krew pańską! To jest pana własne dziecko, które wy pędzicie do nędzy! Ale jeśli jest Bóg na niebie, to usłyszy moje słowa. Pan nie powinien mieć spadkobiercy, ponieważ to, własne dziecko, odpychacie! Wam urodzi się siedem, ale żaden nie będzie żyć! Pański pień będzie mieć tylko liście, ale nie wyda owoców. Jak zrobaczywiałe, zginą przedwcześnie!"

Wypowiedziawszy to, Katarzyna zaśmiała się dziko, przytuliła dziecko bardziej do siebie i w zapadającym zmierzchu październikowego wieczoru.

xxx

Hrabiemu ręka opadła wraz z uniesioną szpicrutą. Bladość spędziła purpurę gniewu z jego twarzy. Początkowo chciał rzucić się na kobietę, ale członki jego były jak sparaliżowane. Bojaźliwie obejrzał się na parobka, czy ten nie słyszał przekleństw kobiety. Lecz Jakub był zajęty ujadającym psem, któremu poplątał się łańcuch. Zawoławszy do parobka: "Zostaw Sułtana, kobieta odeszła", pospieszył

w stronę bramy.

Hrabia Walter Otto Georg von Wiedebach powziął decyzję:

"On musi zawrócić Katarzynę! Daleko stąd nie mogła odejść;

Lecz wtedy, gdy chciał wybiec z bramy, rozległ się stukot końskich kopyt i wesoły okrzyk:

"Hallo! Czy spieszycie się tak, aby mnie spotkać gościnnie? Albo biegniecie za dziewką, która wybiegła z waszego dziedzińca? Czy to była złodziejka jajek, co?"

W tej sytuacji pan von Wiedebach musiał zaniechać swego zamiaru. Niezbyt przyjaźnie wypadło pozdrowienie, którym odpowiedział swemu sąsiadowi, panu von Gablenzowi na Biedrzychowicach Dolnych. Zawrócił i towarzyszył jeźdźcowi przed stajnię. Tu von Gablenz zsiadł z wierzchowca i rzucił stajennemu cugle:

"Nie zdejmować siodła!" i zwracając się do pana domu powiedział:

"Przybywam dzisiaj na rozkaz mojej srogiej pani. Moja prośba dotyczy także pańskiej małżonki Urszuli Magdaleny".

- "Moja żona wysłucha ją chętnie z pańskich ust i nie ścierpi, gdy pan odjedzie do domu bez jedzenia i picia.

Dlatego pozwoli pan rozsiodłać swoje zwierzę".

- "Lecz moja droga jest daleka, a wieczór bezksiężycowy. Przyrzekłem pani mego domu, że nie zatrzymam się na długo. W lasach kręci się dużo pospólstwa!"

Nie zważając na jego sprzeciw, von Wiedebach dał wskazówki swemu parobkowi. Obaj panowie kroczyli przez dziedziniec do domu. Był to zwykły budynek jednopiętrowy. Tylko nad środkowym portalem, do którego prowadziły schody, posiadał on nadbudowę. Wysoki, załamany przez łukarny dach nadawał całości komfortowy wygląd. Wysokie drzewa zaciemniały wybrukowaną część dziedzińca przy domu, a między nimi widziano wiele ławek drewnianych wokół drewnianego stołu na kołkach wbitych w ziemię.

Gdy panowie weszli do obszernej sieni, usłyszeli z dołu głos pani von Wiedebach, która w kuchni (mieściła, się w piwnicy) wydawała polecenia dziewkom. Pan domu zawołał, że mają gościa, na co pani Urszula odpowiedziała, że zaraz przyjdzie. Rzeczywiście, hrabina przyszła z zapalonym świecznikiem do saloniku, gdzie na nią czekali panowie. Bardzo serdecznie przyjęła pana von Gablenza, który przywitał ją po rycersku. Pani Urszula dowiadywała się o swoją przyjaciółkę, jego małżonkę. Gość przekazał zaproszenie na ośmiodniowe polowanie. Liczy na to, że pani domu też będzie i w jego dworku pokaże swój kunszt kulinarny, z którego była znana w całej okolicy. W zamian za przyjęcie zaproszenia pan von Gablenz musiał wziąć udział w nocnym posiłku. Gdy odjeżdżał, była już noc. Gwiazdy świeciły, lecz wiał zimny wiatr i jeździec popędzał konia ostrogami. Koło Świbnej przejeżdżał przez Lubicę. Zaraz za mostem odniósł wrażenie, że jakaś postać ludzka przykucnęła przy samym brzegu rzeki. Zawołał na nią, ale nic nie usłyszał pozą, szumem wody bijącej o filary mostu. Po godzinie był już w Biedrzychowicach. Wkrótce też udał się na spoczynek.

xxx

Pan von Gablenz nie pomylił się. Postacią, która przykucnęła przy brzegu Lubicy, była Katarzyna. Gdy wybiegła z dziedzińca w Jabłońcu, udała się do Świbnej. Tam żyła jej matka. Jako uboga przebywała w gminnym przytułku. Katarzyna od roku nic nie wiedziała o niej. Staruszka wówczas pokazała jej drzwi. Teraz córka chciała przezwyciężyć jej sprzeciw i jeszcze raz prosić o schronienie. Spodziewała się, że ze względu na dziecko jej nie wyrzuci, a sama będzie na jego utrzymanie. Długo stukała do drzwi, a gdy je otworzono, dowiedziała się o śmierci matki. Zanim zdążyła poprosić o dach nad głową, drzwi zatrzasnęły się. Wobec tego Katarzyna przekradła się w stronę rzeki. Z rozpaczy chciała skończyć ze sobą. Dlatego przykucnęła przy brzegu.

Z drzemki wyrwało ją wołanie pana von Gablenza. Wystraszyła się, nic nie odpowiedziała. Potem płakało dziecko i nie można było je uspokoić ... A na drugi dzień młynarz ze Świbnej znalazł przy młynie jej ciało oraz ciało około półrocznego dziecka. Nikt nie poznał Katarzyny, tak nędza ją zmieniła. Jedynie mógł uczynić to pan von Wiedebach, ale ten nie dowiedział się o tym. Wobec powyższego kobietę, jako samobójczynię i do tego obcą, pochowano przy murze cmentarnym Jabłońcu,, gdzie Świbna miała swoją, parafię.

xxx

Minęło sporo czasu od opisanych wydarzeń. We dworze w Jabłońcu, od świtu panowała niespokojna krzątanina. Unikano wszelkich hałasów, prace były wykonywane cicho, bowiem pani Urszula, żona dziedzica, urodziła przed kilku godzinami pierwsze dziecko. Był to syn. Jak mówiła kobieta, która odbierała dziecko, było ono silne. Matka, choć wyczerpana, cieszyła się z tego bardzo. Wszystkie troski i dolegliwości były zapomniane. W myślach szukała imion pasujących do pierworodnego. Śmiejąc się szczęśliwie, patrzyła na koszyk z dzieckiem, przy którym kobieta trzymała straż. Zmieniła ją wynajęta mamka. W pokoju panował półmrok, gdyż opuszczone do połowy żaluzje nie przepuszczały promieni kwietniowego słońca. Lekki zapach kopru włoskiego przenikał do wnętrza sypialni.

W południe w pałacu zjawił się pan domu. Bez wypoczynku włóczył się po polach i lasach, był niespokojny. Myślał o tamtym wieczorze październikowym, o tym, jak powinien powitać małżonkę i dziecko. Był o nich niespokojny. Tym większa była jego radość, gdy zobaczył ich w dobrym stanie.

xxx

Dziecko było na schwał. Szczęśliwi rodzicie ustalili dzień chrztu, gdy nagle - nikt nic potrafił podać przyczyny - chłopca chwyciły silne konwulsje i zanim zdążono dokonać chrztu zastępczego, wyzionął ducha. Pani Urszula

była niepocieszona, małżonek znosił do milcząco. Po upływie roku urodziła się córeczka, ale tak słaba, że żyła zaledwie kilka godzin.

Następne dziecko, syn, który po roku przyszedł na świat, zmarł bez chrztu. Toteż, gdy 24 czerwca 1701 roku urodziło się czwarte dziecko, duchowny ochrzcił chłopca już po kilku godzinach. Dano mu imiona Hans, Krzysztof. Zmarł on nie dożywszy roku. Wtedy pan Gablenz, który był ojcem chrzestnym ostatniego dziecka, odbył poważną rozmowę z von Wiedebachem.

Radził mu oszczędzać żonę:

-"Chodzą wokół pogłoski, że na was ciąży przekleństwo!".

A na to von Wiedebach:

-"Niech baby plotą, po co się martwić z powodu babskiego gadania!".

Ten zamruczał:

-"Musi jednak być coś prawdziwego w tym, co mojej żonie powiedziała żona Jakuba! Chcę tylko zatroszczyć się o to, aby pani Urszula nie dowiedziała się. W jej stanie nie byłoby to dobrze".

Jednak jego troskę była spóźniona. Gadatliwe języki są szybsze, niż ostrożna troska. Zanim jeszcze pan Gablenz mógł porozmawiać ze swoją żoną w tej sprawie, przybył konny posłaniec. Dziedzic Jabłońca prosił go o przybycie,

gdyż, pani Urszula wydała na świat przedwcześnie dziewczynkę. Był jeszcze bardzo słaby promyk życia. Zgasł,

zanim się zapalił, a życie matki także przez dłuższy czas było w niebezpieczeństwie.

Upłynęły prawie dwa lata, a w kołysce we dworze w Jabłońcu znów leżał chłopiec. Nie tak już radośnie, jak przy

pierwszym dziecku, patrzyła matka na niego. Troska nie odstępowała jej: czy ma prawo zatrzymać dziecko?

Chłopca ochrzczono imionami ojca: Otto, George. Było to uderzająco piękne, silne dziecko, które rozwijało się

szybko. Mając 9 miesięcy zaczął gaworzyć i schodził z ramion opiekunki. Pani Urszula jedynie z niechęcią zostawiała z nią chłopca. Najczęściej sama troszczyła się o niego. Lecz nieszczęście czyhało. Pewnego pięknego majowego dnia 1705 roku matka siedziała na ławce na dziedzińcu pod drzewami pokrytymi młodymi liśćmi. Dziecko bawiło się koło niej na grubym kocu i gaworzyło. Ona cieszyła się z tego i uśmiechając się kiwała głową. Nagle Otto George wykrzywił buzię do płaczu. Pani Urszula pochyliła się nad nim, wzięła go na ręce i pieszczotliwie zapytała:

- "Co jest kochanemu dziecku, gdzie boli?". - Chłopiec podał jej silną rączkę i powiedział:

-"Tu, tu".

Lecz ona nie mogła zauważyć nic podejrzanego. Po południu rączka spuchła i pokazało się czerwone pasmo. Drobne ciałko płonęło w gorączce. Matka, pełna trwogi, próbowała wszystkiego. Nawet stary owczarz musiał przybyć i upuścić chłopcu zatrutą krew. Na próżno! Także to dziecko musiała bolejąca dziedziczka oddać śmierci.

Wtedy to, w dniu pogrzebu, wieczorem, pan von Wiedebach wyznał małżonce, co wydarzyło się tamtego październikowego wieczoru przed prawie dziesięciu laty. On nie oszczędzał siebie i wyznał swoją winę wobec Katarzyny.

- A ty nie próbowałeś odnaleźć miejsca pobytu dziewczyny i jej dziecka? - pytała zmartwiona pani Urszula.

- Może potrafisz jeszcze odpokutować część winy w stosunku do jej dziecka!

- Próbowałem. W jej rodzinnej miejscowości znalazłem ślad. Tam obca kobieta pytała się w przytułku dla ubogich o starą Schnellschmidt. Gdy jej odpowiedziano, że ta zmarła, kobieta poszła dalej i nikt nie wie dokąd. Na drugi dzień przy młynie wyciągnięto z wody i kobietę, i dziecko.

- To będzie Katarzyna! Biedna kobieta! - westchnęła pani, von Wiedebach i zapłakała z powodu cudzego i swego cierpienia.

Małżonkowie trzymali się z dala od siebie, dopóki pani Urszula nie stała się spokojną. Z bólem patrzyła na to,

jakim niespokojnym zrobił się jej małżonek. Miłość do niego stała się przez to głębszą, odkąd się dowiedziała,

jak ciężko cierpiał pod uderzeniami losu. Pewnego dnia znalazła go opartego o bramę, pogrążonego w myślach. Włosy na głowie lekko mu posiwiały. Podeszła do niego niespodziewanie i rzekła:

- "Najmilszy, pozwól nam wziąć we wspólne ręce ciężki dopust boży. Może Bóg będzie dla nas łaskawszy. Przez wszystkie lata w rocznicę śmierci naszego ulubionego dziecka chcemy uczcić pamięć zmarłych dzieci naszej wsi i w ten sposób uwolnimy się od przekleństwa!". '

Jak postanowiła, tak uczyniła. Także opuszczone groby przy murze cmentarnym nie były pominięte. Jednak przekleństwo musiało spełnić się do końca. Także siódme dziecko, które urodziła w 1706 roku, przyszło martwe na świat. Dopiero ósme dziecko, jako jedyne pozostałe przy życiu, przedłużyło rodzinę von Wiedebachów. Nieco później rodzice ufundowali swoim tak wcześnie zmarłym dzieciom płytę, którą umieszczono w kościele w Jabłońcu, gdzie można ją jeszcze zobaczyć. Każde z siedmiu niemowląt jest zawinięte w żółto—czarny całun (barwy narodowe von Wiedebachów).

Poniżej napisy:

Syn, ur. 16 kwietnia 1698

Córka, ur. 21 września 1699

Syn, ur. 23 września 1700

Syn Krzysztof, Hans, ur. 24 maja 1701

Córka, ur. 15 lipca 1702

Syn, ochrzczony Otto George, ur. 29 lipca 1704

Syn, ur. 9 września 1706


 

„Skarb z zamkowej góry” - podanie  z okolic wsi Wicina, opisał Z.Kasprzak

W dawnych czasach na rozległych łąkach, między Tucholą a Wiciną, było spore jezioro. Na jego wodach pływały grzebienie i nawoływało się ptactwo wodne. Tuż przy brzegu, na piaszczystym wzgórku, stała chatka, kryta słoma, na dachu obracał się wiatrowskaz. Przed chatą, w rzędach, jeden obok drugiego, stały wysokie tyczki, na których suszyły się sieci rybackie, żagle i liny. Przy pomoście wchodzącym w wodę kołysała się łódź i wiklinowe kosze do połowu węgorzy. Był późnojesienny wieczór. Ciężkie chmury szybko płynęły po niebie, co raz przysłaniając zimnym księżyc. Wiatr marszczył jezioro i giął szuwary. W chatce nad jeziorem, przy wątłym płomyku lampki oliwnej, siedział młody rybak. Miał przed sobą gruby zeszyt, w którym spisywał swoje wydatki. Po długim liczeniu, odłożył gęsie pióro i rzekł do siebie z troską: Nic z tego chyba nie będzie. Zysk jest tak mały, że potrzeba mi długich lat, bym zebrał trochę grosza. Na cóż mi ten trud daremny, dzień w dzień w pocie, skoro tak małe oszczędności. Młodzieniec od czasu, gdy pochował rodziców żył samotnie, co bardzo mu ciążyło. Wprawdzie całym sercem kochał piękną Gustel i chciał ją pojąć za żonę, ale była ona córką bogatego rolnika i jednocześnie wójta z Wiciny. Chłopak już wiele razy prosił o jej rękę, zawsze spotykał się ze stanowcza odmową jej rodziców. Zbuduj przynajmniej porządny dom, a będziesz godny jej ręki – powiedział ostatnim razem ojciec ukochanej. Młodzieniec przyrzekł dziewczynie, że stanie się tak w następnym maju i wtedy wezmą ślub. Dzisiaj jednak już wiedział, że będzie to niemożliwe. Kiedy rybak tak dumał, usłyszał jakby pukanie do swojego okna. Zaczął nadsłuchiwać, ale wokół było cicho. Zawołał więc głośno: Kto tam? Nie było żadnej odpowiedzi. Otworzył drzwi i wyjrzał w ciemną noc. Już chciał się cofnąć, gdy nagle dostrzegł na wodzie oświetloną łódź, a w niej białą postać. Czegoś takiego nigdy jeszcze nie widział. Mimo, że niepokój dreszczem przeszedł mu po plecach, wyszedł przed drzwi. Wtedy usłyszał głos dobiegający z łodzi: Nie trać nadziei. Możesz mieć pieniądze, miej tylko odwagę i bądź rozsądny. Teraz właśnie, słyszane słowa przypomniały rybakowi dawne opowieści ojca, że na Górze Zamkowej ukryte są obfite skarby i ten je zdobędzie, kto będzie odważny i rozsądny. Coś kazało chłopakowi wejść do łodzi i wziąć wiosła. Mocnym szarpnięciem odbił się od brzegu. Znów usłyszał głos z oświetlonej łodzi: Nie bój się wiatrów, płyń szczęśliwie. Zrobiło się niesamowicie ciemno. Księżyc skryły grube chmury, kiedy rybak dopłynął do Góry Zamkowej. Zatrzymał łódź i ostrożnie stanął na brzegu, a wtedy jakby z wnętrza ziemi dał się słyszeć zgrzyt żelaznej bramy. W tym momencie przed młodzieńcem stanął olbrzymi czarny pies. Rybak nie cofnął się, zrobił nawet krok do przodu, a pies odwrócił się, wyraźnie dając do zrozumienia, żeby iść za nim. Poprowadził śmiałka przez ciemne wejście do jasno oświetlonej piwnicy. Było tam pełno worków wypełnionych czystym złotem i srebrem. Mam być rozsądny” – pomyślał młodzieniec i zaczerpnął dwie garście monet, wypychając nimi kieszenie. To powinno wystarczyć – mruknął i skierował się do wyjścia. Olbrzymi pies odprowadził go do łodzi. Gdy rybak chwycił wiosła, psa już nie było, tylko usłyszał zgrzyt zamykanego wejścia do skarbca. Dzięki ci piesku – krzyknął jeszcze w stronę Góry Zamkowej i powiosłował w stronę swojej chatki. Jednakże droga powrotna nie była wcale taka łatwa. Zerwał się silny wiatr i rybak musiał solidnie wiosłować by łódź poruszała się do przodu. Długo musiał walczyć z falą i przeciwnym wiatrem nim dopłyną do swojej przystani. Był bardzo zmęczony, ale szczęśliwy. Mokry od wody i potu, ciężko dysząc usiadł za stołem. Zaraz też wysypał zawartość swoich kieszeni. Były tu srebrne i złote talary. Owe złoto zamknął zaraz na dnie starego kufra. Kiedy minęła jesień i zima, nastał ciepły maj i słońce świeciło jasno i złotawo, poszedł zadowolony młodzieniec do wójta w Wicinie, żeby poprosić o rękę ukochanej Gustel.


 

 „Wiciński Kościół” – z Wiciny, opracowała Margarete Gebhardt

       Stał na wzgórzu kościelnym w Wicinie - tam gdzie dziś góruje nad okolicą okazały dom Boży - skromny kościółek zbity z drewnianych belek, a słynący w okolicy z obrazu czyniącego cuda. Bardzo często ciągnęły doń pielgrzymki, by wybłagać uzdrowienie ciała bądź duszy.

Bardziej na cud niż sam obraz zakrawała historia związana z budową tego kościółka.

W pierwszych wiekach po nawróceniu okolicznych mie­szkańców na wiarę chrześcijańską Wicina nie posiadała własnej świątyni. Dla ukojenia duszy wierni musieli wędrować do Lubska.

Bogate ofiary w zbożu, lnie, złocistożółtym miodzie, nie­jednokrotnie spora połać dziczyzny, odstawiane były pobo­żnym braciom z Lubska.

Gmina Wicina rozrastała się. Zewsząd otaczały ją dębowe lasy. Jeden z pobożnych wieśniaków przyrzekł ufundować piękny obraz. Postanowiono wtedy w Wicinie i czterech sąsiednich gminach - Roztokach, Zabłociu, Mirkowicach i Guzowe -budować własny kościół. Fury oddawano ku chwale Bożej, i każdy z właścicieli lasu zobowiązany był dostarczyć tyle dębowego drewna, ile było potrzeba. Zapłatę dla cieśli gminy chciały zebrać wspólnie. Nie miały oczywiście pojęcia, że na budowę kościoła potrzebna była zgoda duchowieństwa z Lubska. Ochoczo zabrano się do ścinania drzew i ociosywania pni. Wyrównano plac i ustawiono pierwsze słupy, łącząc je belkami i klinami.

Dowiedzieli się o tym lubszczanie. Wybrali się tedy nocą do Wiciny, wybili kliny, wyrwali słupy, załadowali wszystko na wozy i wywieźli do Lubska.

Wicinianie zabrali się z niczym nie zmąconym spokojem na nowo do pracy, ale jeszcze dwa razy zakradano się nocą i niszczono ich wysiłek. Wtedy budowa ustała na dłuższy czas.

Mistrzowi ciesielskiemu nie pozwalał zmrużyć oka fakt, że nie mógł dokończyć rozpoczętej pracy. Groziły mu duże straty, gdyż wypłacił już wynagrodzenie cieślom, podczas gdy sam miał dostać zapłatę od gminy z chwilą wybudowania kościoła. Zachodził w głowę, jak rozwiązać ten problem. A tymczasem okoliczne gminy wiodły spór z lubszczanami, nie mogąc dociec swych praw.

W końcu pomysłowy cieśla znalazł wyjście: zarządził przy­cięcie nowych belek. Tym razem jednak nie przewiercono otworów na kliny, lecz wycięto je na taką głębokość, by dobrze połączyć ze sobą dwie belki, nie pozostawiając wystających czopów.

Tak powstał drewniany szkielet kościoła. Lubszczanie ponownie nadeszli nocą, nie mogli jednakże wyłamać klinów, gdyż były głęboko osadzone i nie wystawały. Musieli więc odejść z niczym, pozostawiając Wicinianom ich budowlę.

Ci z kolei dziarsko zabrali się do pracy. Postawiwszy świątynię, umieścili w niej święty obraz słynący z cudów. I tak kościół stał się obiektem przyciągającym wszystkich pobożnych, strapionych i cierpiących z całej okolicy.


 

„PORWANIE KSIĘŻNEJ" LEGENDA O WICINIE, opracowanie DE M. Gerbhardt: Sagen und Geschichten, uns der Niederlausitz Sorau l92l, s. 94-101, opisał PL Lucjan Grzeja

W czasie, gdy Wenedowie w Łużycach ujarzmili kraj osiadły wyłącznie przez Germanów, krainą Wician władał książę łu­życki Strohmin. Był ora okrutnym władcą, który zmusił germańskich osadźców-wieśniaków czynszowych do pańszczyzny. Władza jego sięgała na północ tam, gdzie na gliniastych wzgórzach leżą miejscowości Guzów, Zabłocie i Tuchola, na południe do Roztok, Bieszkowa i Jesienia, na zachodzie aż do Lubicy. Aby można było łatwiej panować nad swoim obszarem, chciał on zbudować siedzibę książęcą w pośrodku swych pod­danych. Dlatego powołał ich do pracy pańszczyźnianej. W dłu­gim szeregu wędrowali mężczyźni i kobiety ze swoich wyżyn. W plecionych koszykach noszono ziemię, aby stworzyć mocne podłoże pod siedzibę książęcą. W lasach na wyżynie musiano pościnać największe dęby. Obciosane na pale, były one wywle­czone przez osły w dolinę. Budowniczy wskazał miejsca, gdzie należało je wbijać w mokry grunt w odstępach około 6-stóp. Ziemia nie była sypana i ubijana. Budowano także komory z kamienia polnego, aby schować zapasy, broń i ozdoby, gdyż Stohmin był potężnym wojowniczym księciem i ze swoich wypraw przywoził do domu dużo łupów. Najdłuższe belki zostały ułożone w poprzek na pale i pokryte posadzkami kamiennyrni lub tarcicą. Sam zamek, zbudowany z wygładzonej tarcicy i belek, z wieżą strażniczą i bramą wypadową, był wówczas cudem architektury. Wokół postawiono mury z głazów narzutowych, które zabezpieczono tarcicą i palisadami. Woda z dwóch strumieni na północy i południu została spiętrzona, a zamek leżał pośrodku szumiącego jeziora, jak na –wyspie. Ale wspa­niałej siedzibie książęcej brakowało pani zamku, gdyż tak jak mocny i groźny był książę Strohmin, tak nikt z sąsiadów nie chciał mu dać córki za żonę. Ale książę Strohmin nie chciał pozostać bezżennym. Był mocno zdecydowany. Jeżeli żadne dziecko książęce nie chce dobrowolnie mu towarzyszyć, to powinno być zmuszone gwałtem do tego. I wkrótce nadarzyła się ku temu okazja. Książę wymyślił pochód łupieżczy prze­ciwko Żaganiowi i zbroił się w tym celu. Wiedział przede wszystkim, że książę krainy żagańskiej miał 5 córek. O naj­starszą sam starał się na próżno. Za kilka tygodni miała być przywieziona księciu z Lubska, a nie jemu, jako małżonka. Orszak narzeczonej miał przekroczyć granicę jego krainy. I na tym założeniu oparł swój plan. Pewnego dnia zwiadowcy Strohmina przynieśli mu pewną wieść, że orszak narzeczonej opuścił gród żagański i zbliżał się do jego krainy. Tu nada­rzyła się dla Strohmina wspaniała okazja do pokazania swej władzy. Bowiem tak ojciec narzeczonej, jak i sam narzeczony, silnego Strohmina nie poprosił o bezpieczne przeprowadzenie przez jego krainę. Od dawna pomiędzy księciem z Żagania, a księciem krainy Wicin były spory. Wypłatanie figla Żagańczykowi dodało skrzydeł księciu Strohminowi, tak jak radość z zemsty, gdyż piękna księżniczka wolała młodego frajera z Lubska, aniżeli jego. Pragnienie zemsty i chorobliwa próżność były na­pędowymi siłami czynów księcia. W gęstych krzewach na skraju jedynie przejezdnej drogi przez obniżenie bagienne skrył się książę i jego uzbrojona gromada. To było w miejscu, gdzie najmniejsze zboczenie z drogi musiało przynieść śmierć i ka­lectwo jej nie znającego, bowiem grunt usuwał się pod ciężarem człowieka, który musiał utopić się w głębinie. Już słyszano wo­łanie woźniców orszaku narzeczonej. Z ukrywaną radością obserwował Strohmin, ze swojej kryjówki, okazały pochód wołów i koni, jucznych zwierząt z wszelkim ładunkiem, zawierającym posag księżniczki. Za nimi na wspaniale osiodłanym koniu jechała narzeczona, obok niej młodsze siostry, słudzy i służące. Księcia żagańskiego nie było w orszaku. Powstanie w najodleglejszej części jego kraju zatrzymało go w ostatniej chwili. Żagańczyk nie przeczuwał, że było to powstanie uknute przez księcia Strohmin. W ten sposób gra Strohmina gwarantowała powodzenie. Zaledwie narzeczona i służba przeciągnęli koło jego kryjówki dał umowny znak. Grad kamieni leciał na głowy towarzyszących ludzi. Krzyk bólu i strachu trafionych wystraszyły konie i wprowadziły zamieszanie wśród woźniców. Wszyscy wpadli w podniecenie. Nikt nie wiedział co się działo, gdyż nie widać było napastników. Spłoszone konie rzucały się w bok i wpadały w bagno. Próbowały z całych sił wydobyć się z niego, lecz przez to same siebie i jeźdźców swoich pogrą­żyły bardziej w bagnie, Strohmin czekał na ten moment. Spiął swego konia ostrogami i śmiałym skokiem był przy boku wybranej. Teraz obrócił konia księżniczki i popędził w stronę zamku ze swoja wybraną. Los innych ludzi i zwierząt pozostawił swoim żołnierzom. Przyrzekł im, że rozdzieli im łupy jeśli napad po­wiedzie się. Wiedział, że oni wykonają swoje zadanie. Niedługo potem, gdy ukrył porwana w swoim zamku, przybyli pierwsi wojowie. Przyprowadzili oni obie siostry i część ma­jątku weselnego, który szedł przodem. Nie udało się uratować wszystkiego. Niektórzy wojowie potopili się w trzęsawisku. Zapadła noc. Książę Lubski na próżno czekał na swoją narzeczoną, której przybycie było zgłoszone przez swoich gońców, jeszcze dziś przed wieczorem. Niecierpliwość jego rosła z minuty na minutę. Posłańcy, których wysyłał od czasu do czasu, powracali z meldunkiem, że aż do Lubicy nie zauważono śladów pochodu narzeczonej. Wtedy książę kazał osiodłać swego konia. Słudzy z pochodniami winni byli przyłączyć się do niego. Na brzegu Lubicy kazał zapalić ognisko, aby błądzącym wska­zać kierunek. Potem przygotował się do drogi na bagna. Wśród czeladzi obozowej, która towarzyszyła pochodowi weselnemu znajdował się chłopiec w wieku 12 lat. W ogólny zamieszaniu nikt na niego nie zwracał uwagi. W ten sposób udało mu się uciec przed żołdakami Strohmina. Choć pochodzą z tych okolic, zapadająca noc zaskoczyła go jednak na bagnach. Znał on za­sadzki tegoż i dlatego nie ważył się szukać drogi bocznej. Stracił też orientację co do kierunku. W przeciwnym wypadku pospieszyłby do Żagania, aby wołać na pomoc ojca księżniczki. Wyczerpany wdrapał się na stara wierzbę, chcąc poczekać do wschodu księżyca. Ze swego podwyższonego siedzenia zoba­czył w dali pochodnie w grodzie Strohmina, więc wiedział już gdzie się znajdował. Około północy chłopiec obudził się z krótkiej drzemki, wyprostował zesztywniałe członki i przetarł oczy. Księżyc płynął prosto na niego. Zauważył zarysy murów grodu nieprzyjaciela po prawej stronie. Ale co to ? Tam daleko z lewej strony, zobaczył jasny sygnał świetlisty, za wysokimi drzewami i zaroślami. To musiało znajdować się z innej strony Lubicy, na obszarze Lubska. Chłopiec zszedł z drzewa i spieszył w kierunku światła ostrożnie badając teren. Szedł prawie 2 godziny drogą, gdyż naprzeciw siebie zobaczył grupę jeźdźców. Skoczył w krzaki, aby teraz nie wpaść w ręce ludzi Strohmina. Lecz ludzie z pochodniami szukali śladów stóp na wilgotnej drodze. Nagle chłopiec usłyszał łużyckie słowa przy­wódcy:

- "Nie, tu dziś jeszcze końska noga nie stąpnęła, gdyż w przeciwnym razie musiałyby być widoczne ślady wielu kopyt. Musimy zawrócić, nie znajdując narzeczonej.

Chłopiec zrozu­miał, że dowódca rycerzy mógłby być sam księciem i wyszedł ze swego ukrycia. Pobiegł ku rycerzom, przykląkł przed nimi i prosił:

- "Weźcie mnie na konia Waszego, o Szlachetny książę, przynoszę Ci wieści o zaginionej". Podczas jazdy chłopiec opowiedział o napadzie, podstępie Strohmina. W ten sposób Lubuszczanin wiedział, gdzie się znajduje jego zrabowana narze­czona. Ogarnęła go gwałtowna złość i zaprzysięgł porywaczowi zemstę. Lecz tak łatwo, jak ją sobie przysiągł, nie było jej łatwo wykonać. Trzeba było postąpić rozsądnie, gdyż Strohmin był nie do pokonania, w swym małym grodzi, wśród wód. Żagańczyk i on szukali sprzymierzeńców w sąsiednich krainach. Tak minęły tygodnie i miesiące, aż wyprawa wojenna była przygotowana. Czas ten Lubuszczanin wykorzystał na zbadanie tajemnic krainy Wician. Znający dobrze teren chłopiec oddał mu przy tym wielkie usługi. Nawet jeden raz przekradł się do ogrodu i dowiedział się, że księżna żyje. Rozmawiał też z jedną ze sióstr nad potokiem, gdzie robiła pranie z innymi dziewczętami. Przypuszczalnie poznała chłopca, ale bała się to okazać. W ten sposób mógł on od czasu do czasu przynieść wiadomości o księżnej, która powinna była cierpieć pod barba­rzyństwem swego niepożądanego męża. Na koniec ukończono przygotowania do ataku. Oznaczono dzień i godzinę. Wiedziano, że oba potoki przepływające przez krainę, zostały wyposażone w jazy. Zniszczenie ich miało duże znaczenie, gdyż łąki mogły być zalane. Było to w czasie drugich sianokosów. Dzień wesela się zbliżał. W grodzie panowała krzątanina. Strohmin był zawsze czujny choć się wydawało, jakby jego małżonka, i jej siostry poddały się losowi i z nim się pogodziły. Przy ślu­zach czuwało po 2 silnych żołdaków, którzy na dany znak po­chodnią, winni otworzyć jazy bez względu na to, że może być zniszczony zbiór siana. Ale nie było widać nic podejrzanego. Zasiadano do wieczerzy, był prawie wieczór. Wtem strażnik zadął w róg. Wołanie rozległo się po całym zamku. Pan domu pobiegł po broń i wyskoczył zobaczyć, co się stało. Trzy siostry wzięły się za ręce i tuliły do siebie. One wie­działy, co oznacza okrzyk alarmowy. Na murze grodzkim książę Strohmin kazał dać znak pochodnią, aby otwarto śluzy, ale żadna ręka nie poruszyła się. Wytężył słuch, jednak nie usłyszał szumu zbawczej wody. Przed grodziskiem kotłowało się od uzbrojonych grup ludzi. Te ściągały siano z łąk i składały je w wysokie górki. Podpalono je i powstający wiatr pędził dym z palących się wiązek siana na ludzi z grodu, przeszkadzając w skutecznej obronie. Napastnicy poszli do szturmu. Na ich czele książę Lubski pierwszy stanął na murze. Książę Strohmin rzucił się naprzeciw - doszło do gwałtownego pojedynku. Z grodu walce przyglądały się siostry, przytulone do siebie. Wtem księżna zobaczyła, że książę Lubski chwieje się i pada do przodu, Oderwała się od swoich sióstr i pobiegła na dziedziniec grodu. Pachołkowi, który zagradzał wyjście, wyrwała włócznie, pchnęła ją księciu Strohminowi w plecy i ten opadł na ciało swej ofiary. Gdy pachołkowie zobaczyli padającego księcia, porzucili broń, pospieszyli do łupów, a potom rzucili się do ucieczki. Atakujący wtargnęli do zamku, podłożyli ogień i spalili, aż do fundamentów. Gdy księżna zabiła Strohmina, wypadła jej włócznia z ręki. Jak odrętwiała stała przy obu zwłokach. Potem zawołała czterech przechodzących pachołków i rozkazała zabrać zabitych. Poza murami wskazała im miejsce, gdzie należało je złożyć. Szła za nimi. W małej dolinie księżna kazała ułożyć stos drzewa i położyć na nim zmarłych. Następnie odesłała pachołków. Potem księżna wzięła jedną z płonących wiązek siana, podeszła do stosu i przypilnowała, aby ogień wszędzie się palił. Potem skierowała włócznię, którą wzięła ze sobą, na własna serce... Jej zwłoki padły w płomienie. Ze wzgórza zamkowego zwrócono uwagę na nie. Ludzie poszli w kierunku ognia i znaleźli zwłoki księżnej i jej zalotników. Dla nich wszystkich przygotowano wspólną mogiłę. Gród nigdy nie był odbudowany. Żaden książę z drugiej krainy nie chciał wstąpić w dziedzictwo krainy Wician. Sąsiedzi podzielili krainę między siebie, a mieszkańcy jej byli wolnymi na swoich gruntach. Pośrodku obniżenia pomiędzy kanałem młyńskim i kowalskim, w pół drogi między Wiciną a Mierkowicami leży sztucznie utworzona góra nazywana jeszcze "Góra Zamkową”. Trzecia część powierzchni została zniesiona w l902/l904 roku. Przy tym znaleziono stare warstwy ziemi, piasek i rumowiska. To samo było na okolicznych wzniesieniach. Przy tych pracach ziemnych natrafiono na pionowo wbite pale, z leżącymi na nich legarami dębowymi. Liczne znaleziska broni kamiennej, ozdób brązowych i sprzętu znajdowały się w ukrytych zbudowanych komorach z kamieni kwadratowych. Obok tego znaleziono kości końskie i urny w różnej formie, z uszkami i ozdobami. Prawie 3 morgi gruntu licząca góra jest uprawiana. Wznosi się ona na 6-8 m ponad poziom podmokłej łąki i może zawierać dalsze skarby.